Kroke na koncertach w Krakowie
Dawno, dawno temu, kiedy wszyscy chodziliśmy obsypani rdzą z żelaznej kurtyny, na album mówiło się "longplej" (albo jeszcze weselej: "płyta długogrająca"), a na dyskotekach grało się "Aqualung" Jethro Tull, w muzyce panowała taka maniera, że nagranie płyty wieńczyło pracę nam materiałem. Zespół wchodził do studia z piosenkami tak przepracowanymi na koncertach albo w domu, że zostawało tylko nagranie i niech się inżynier dźwięku martwi, co z tym jeszcze ewentualnie zrobić. No, dobra - czasy były pewnie trochę wolniejsze, tantiemy ZAiKS-owe nie przeszły jeszcze denominacji, a wynajęcie studia nie było takie drogie, bo trzeba też przyznać, że zdarzało się często, iż do studia wchodzili mężczyźni gładko ogoleni, a wychodzili z długimi brodami, tak im się praca dopieszczająco-cyzelująca przeciągnęła.
Enyłej, zespół wchodził do studia, siedział w nim, wychodził, a kiedy ukazywała się płyta publiczność i krytycy padali na kolana, łkając, że oto kolejne arcydzieło, maestria, doskonałość i, normalnie, non plus ultramatryna. Młodzież zaś kupowała tę płytę, uczyła się przy niej grać na gitarze, dochodziła do wniosku, że też tak chce, też tak umie i zakładała własny zespół. Tak na przykład było z zespołem The Rubbettes, który powstał po wysłuchaniu "All allong the Watchtower" Hendrixa i grupą Dwa Plus Jeden, którą powołali wielbiciele wczesnych płyt Pink Floyd.
Słucham?
Oczywiście, że żart. Nie mówcie, że ktoś dał się nabrać? :-)
Dlaczego piszę takie kocopały? Ano dlatego, że Kroke postępuje zupełnie inaczej. Kroke zaczyna od płyty. Materiał nagrywany przez zespół jest punktem wyjścia, jest początkiem drogi, a nie jej zwieńczeniem. Dlatego też pewnie, kiedy ukazuje się płyta niżej podpisany słucha jej, marudzi, że to mu się nie podoba, a to takie jakieś... tu coś brzęczy, tam coś stuka, i w ogóle, pani kochana, to już nie to samo Kroke co na "Kill'em all". A potem niżej podpisany trafia na koncert i czepia się umiarkowanie (jeśli w ogóle), raczej dla zasady niż z rzeczywistych powodów, albowiem - poza drobnymi niuansami - muzycznych powodów do narzekania nie ma za wiele. Większość "ale" jakie powstają przy słuchaniu płyty, rozwiewa się w pył i inne paprochy na koncercie, który tym lepszy, im dalej od ukazania się płyty. Wydaje się, że utwory Kroke zdają się być jak dobre wino - im dłużej leżakują, tym są lepsze, tym mocniej trafią do głowy, a mniej niszczą wątrobę. Im dłużej zespół gra je na koncertach, tym więcej charakteru zyskują, tym ciekawiej ewoluują aranżacyjnie, tym bardziej są dopracowane.
W ostatnim czasie miałem okazję zobaczyć Kroke dwukrotnie.
Pierwszy koncert to majowy plener na krakowskim placu Wolnica w ramach "5. Dnia Powiatu Krakowskiego". Nie ma się z czego śmiać. Impreza może w warstwie merytorycznej mocno cepeliowska, ale po pierwsze primo - zapachy grillowe nęcące ("Zależy kogo" - wegatariańsko mruknie w tym momencie ważniejsza część redakcji czyli Magda), a po drugie primo - z porządnymi ambicjami artystycznymi i w zeszłym roku na zakończenie grał Grzegorz Turnau, więc proszę nie fikać pogardliwie.
Kto był kiedykolwiek na koncercie odbywającym się na Wolnicy, ten wie, jak niewdzięczne to zadanie - grać na wielkim pustym placu, na którego krańcach gwar ogródkowy, publiczność mocno przypadkowa, czasem na solidnym dopingu piwnym, a technika jak w opowiadaniu Lema: "Och, żeż ty, psiachmać, dyszlem chrzczona"! Znaczy, czasem coś słychać, czasem nawet reflektory nie świecą publiczności w głębię tęczówki i coś widać, ale najczęściej słychać wielkie DUP!, wywala korki, pan prowadzący rozkłada ręce, a panowie elektrycy mówią bardzo brzydko. Muzycy, oczywiście, brzydko nie mówią, bo są artystami i przejmują się subtelnie.
Wydawać by się mogło, że pośród tego wszystkiego (oraz pośród dekoracji w kwiatuszki i gustowne banery sponsorów) muzyka zespołu Kroke zginie, jej nastrojowość polegnie w starciu z przaśną rzeczywistością, klimaty akordeonu Jerzego Bawoła rozpłyną się w przestrzeni pustego placu, a solówki Tomasza Kukurby zabłądzą między fontanną, kazimierskim ratuszem a śpiewami miejscowej elity...
Otóż, proszę wycieczki, nic z tych rzeczy.
Co prawda dekoracje rzeczywiście gustowne nie były, elektryka rzeczywiście płatała figle (na próbie cztery razy wywalało bezpieczniki i słychać było tylko zgrzytanie zębów ekipy), a próbie przysłuchiwała się publiczność dość przypadkowa, ale potem działo się wiele, a koncert był bardzo. A nawet bardzo-bardzo.
Kroke zagrało materiał, który ich fani znają z koncertów granych w ostatnim roku. Może poszczególne koncerty różniły się długością, kolejnością, może na niektórych jeden utwór wypadał kosztem drugiego, ale ogólnie zestaw jest podobny. Większość to materiał z "Seventh Trip", wzbogacony o utwory z "Ten Pieces To Save The World".
Zaczął jak zwykle Tomasz Kukurba - dłuuuuuuugi, zapętlony wstęp "Io" niósł się nad krakowskim Kazimierzem, wirujące głębokie tony altówki przywoływały na koncert tych, którzy przegapili plakaty (choć same plakaty ciężko było przegapić, to nie nazwa zespołu rzucała się w oczy :-)), spirale nut wyciszały tych, którzy już zdążyli dotrzeć. Jerzy Bawoł i Tomasz Lato, jak zwykle, siedzieli zadumani nad swoimi instrumentami, a Tomasz Grochot chował się za zestawem perkusyjnym... I wreszcie pojawia się melodia, zaczyna się "Awakening". Różnica między wersją płytową a koncertową widoczna (a raczej słyszalna) jest od kopa - na koncercie znika wszystko, co tak irytowało mnie na płycie - nie ma "efekcików", nie ma różnych dziwnych plumknięć, bdriągnięć i śmieszków w tle. Zostaje czysta muzyka, grana mocno, energetycznie i z klimatem. Altówka Tomasza Kukurby gra głębokimi tonami, "gęstszymi" niż na płycie, co daje ciekawy efekt przy przejściu na wysokie tony - na koncercie są nie tyle wysokie, co przenikliwe, bo mimo ostrości brzmienia wciąż oscylują wokół niższych rejestrów. Bogowie, ale się ze mnie "znawca" zrobił... :-)
Przestrzeń Wolnicy na pewno podobała się Tomkowi Grochotowi - mógł rozstawić cały swój zestaw perkusyjny i bębnić bez obaw, że kogoś ogłuszy. Jego szczęście - perkusja jest dość względnie zależna od akustyków, w razie czego może sobie poradzić sama. Tomasz Lato i Jerzy Bawoł natomiast dość często spoglądali w stronę konsolety z obietnicą cierpień czyśćcowych i wyrwania akustykom tego czy owego. Spojrzenia musiały być naprawdę wymowne, bo z biegiem czasu dźwięk stawał się coraz lepszy, a instrumenty bardziej słyszalne.
"Papillon", "Canon", "Tomorrow for a while", "Seventh Trip", "Light in the darkness" - zwłaszcza ten ostatni utwór był bardzo na miejscu, bo nad Wolnicą zapadła już ciemność. Czasem słychać było przejeżdżający niedaleką ulicą Krakowską tramwaj, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Coraz więcej ludzi gromadziło się przed sceną. Kiedy koncert się zaczynał było nas może ze sto osób. Kiedy zaś Jerzy Bawoł zapowiadał "Dance of the Snowflake" (niedługo ta zapowiedź będzie największym przebojem zespołu - publiczność będzie ją recytowała zgodnym chórem i nie pomyli się nawet o przecinek :-)), rozejrzałem się po placu - wokół sceny i przed nią zgromadził się gęsty, kilkusetosobowy tłum, ci, dla których nie starczyło krzesełek i ławek, siedzieli na ziemi. Półkole publiczności stanowiło granicę między muzyką, a nieistotną już codzienną rzeczywistością placu.
Im dalej w muzykę, tym bardziej okazywało się, jak wielką siłą dysponuje Kroke na koncertach. Warunki techniczne nieszczególne, momentami nie było słychać akordeonu, chwilami gubił się gdzieś kontrabas, dźwięki nie były tak czyste jak na płytach, tu coś zgrzytnęło, tam coś stuknęło, a jednak klimat był silniejszy niż na płycie. Bodaj najlepiej było to słychać w "Journey" - na płycie zagrane jest nastrojowo, ale miękko, coś dziać się zaczyna dopiero w okolicach szóstej minuty, a kiedy wydaję, że zacznie się na dobre - pojawia się słodziutka wokaliza Tomka Kukurby i cały nastrój idzie się paść na łączce pełnej kwiecia. Ot, taka wycieczka rowerowa wiślanymi bulwarami. Na koncercie "Journey" to dynamit, to podróż balonem przy silnym wietrze, to jacht na żaglach w czasie burzy a jeśli rower - to górski, na łeb na szyję z Gubałówki. I też w czasie burzy. Koncertowa wersja "Journey" nie ma ani jednej niepotrzebnej nuty, tam, gdzie muzyczne napięcie powinno narastać - narasta, tam gdzie wypada zagrać jeszcze ostrzej - Kroke gra jeszcze ostrzej. Żadnego studyjnego kombinowania - muzyka, energia, siła równa się ramię razy smyczek dzielone przez grubość miechów akordeonu.
Podobnie jest z "Water" - na każdym koncercie ten utwór grany jest ciut inaczej, ale za każdym razem robi niesamowite wrażenie, wciąga słuchacza w mroczne klimaty improwizacji i wypuszcza go spoconego z wrażenia. I "Eddie": skoczny motyw główny, tak irytujący na płycie gładką ludycznością - na koncercie grany jest szybciej, mocniej, z iskrą w instrumencie i w oku. Nie ma mocnych - wszyscy zaczynają się ruszać, przytupywać, klaskać. Za to część druga "Eddiego" (to, co w wersji studyjnej zaczyna się w okolicach 1'45'') zyskuje na dynamice, na głębi - pozbawiony studyjnych efektów utwór, opiera się na prostym, mocnym rytmie kontrabasu Tomasza Lato i szerokim niepokojącym tle, granym przez Jerzego Bawoła. A że Kroke lubi "pociągnąć" utwór - drugi motyw z "Eddiego" rozrasta się tak, że finałowy powrót do głównego motywu jest wręcz koniecznością, żeby publiczność nie wpadła w jakieś stany medytacyjne.
Na bis-deser jeszcze tradycyjnie "Time", "Ajde Jano"... Już prawie jedenasta wieczorem, ale krakowscy mieszczanie wcale nie są tuwimowsko straszni, nie pomstują z okien, nie rzucają doniczkami, więc chyba im także podoba :-) Bo że publiczności zgromadzonej na placu podoba się bardzo - to widać i słychać. Niemal dwugodzinny koncert Kroke kończą długie, gorące brawa i konstatacja, ze skoro ostatnia "trójka" uciekła, to trudno, "wieczór taki piękny, że chodźmy piechotą".
Kilka tygodni później Kroke zagrało w "Alchemii". Zupełnie inna baśń - Wolnica to spory plac, a "Alchemia" jest klubem kameralnym, do którego piwnic nie wejdzie zbyt wielu słuchaczy. Przy 100 osobach robi się trochę ciasno, a na widok sceny można tylko siąść i zapłakać - malutkie toto, wąziutkie i gdzie tu ustawić odsłuchy, o perkusji już nie mówiąc. Ale jednak i publiczność się zmieściła, i zespół na scenie jakoś zainstalował.
Redakcja strony www.kroke.przedtem-home-a-teraz-także-art.pl (stan dwoje, obecnych dwoje) spowodowała małe zamieszanie - dwukrotna rezerwacja biletów (dla pewności - dobiegaliśmy w ostatniej chwili z koncertu Yasmin Levy) doprowadziła do nieporozumienia i w efekcie dostaliśmy do dyspozycji aż cztery miejsca. Dobra jest - komfort ważna rzecz, szkoda tylko, że dwa miejsca się zmarnowały, bo ktoś jeszcze mógł się dosiąść (zapraszaliśmy, ale chyba się nas ludzie bali :-)). Ale mniejsza o nieład organizacyjny - ważne, że świat okazał się być mały, a wszystkie drogi prowadziły tego wieczora do Krakowa. Jeśli śledzicie uważnie wpisy w księdze gości, zapewne tak jak my z przyjemnością czytaliście okołomuzyczne impresje autorstwa Teresy. Autorkę spotkaliśmy na tymże koncercie i to w dodatku też w pierwszym rzędzie :-) Gdyby nie fakt, że był to dla nas drugi koncert tego dnia, pełnego także w inne wydarzenia - pewnie skończyłoby się na długiej pokoncertowej pogawędce przy piwie. Na razie poprzestaliśmy na wymianie wrażeń z festiwalu i prawieniu sobie wzajemnych komplementów (zasłużonych, oczywiście :-)), a resztę zostawimy sobie na kolejny wspólny koncert Kroke w Krakowie. Albo gdzieś.
"Alchemia" jest klubem mocno muzycznym, koncerty odbywają się tam bardzo często, ekipa akustyczna jest w pełni profesjonalna, nie ma więc problemu z ustawieniem nagłośnienia. Jak na takie warunki było wprost znakomite, wszystkie instrumenty dało się wychwycić (choć tradycyjnie najgorzej miał Jerzy Bawoł - delikatniejsze partie akordeonu gdzieś się gubiły), a perkusja, zmniejszona o parę elementów, nie ogłuszała widzów siedzących w pierwszym rzędzie, nawet w najbardziej dynamicznych momentach.
Wielkość klubu i wielkość sceny determinowała nastrój koncertu. Było energetycznie, ale nie głośno. Było kameralnie, ale nie akustycznie. Było ciepło (w sensie nastoju), ale nie duszno (klimatyzacja działała :-)). Spora w tym zasługa publiczności - na koncert trafili ludzie, którzy muzykę Kroke znają i lubią, żadnych przypadkowych "a bo tu podobnież jacyś grają, co nie? To chodź, Zeniu, obczaimy, a tam na dole to nawet browara dają" (jak się to zdarzało na innych koncertach festiwalu). Było swojsko i "w atmosferze wzajemnego zrozumienia", jak to się dawniej mówiło.
Zespół zagrał repertuar znany tym, którzy słyszeli Kroke na Wolnicy czy w CKŻ w zeszłym roku, ale zagrał ciut inaczej. Przestrzeń mniejsza, warunki akustyczne inne - trzeba było część energii zamienić w nastrój, dynamikę w ciepło. Przez cały koncert nie mogłem się uwolnić od skojarzeń z muzyką Morphine - może przez jakieś dziwne podobieństwo niskich tonów altówki i kontrabasu oraz tła akordeonowego do tego, co robili Mark Sandman na basie i Dana Colley na saksofonie... A może po prostu dlatego, że moje skojarzenia żyją swoim własnym życiem i kontrolować ich nie umiem :-)
Koniec dygresji, wracamy na koncert.
Muzyka Kroke po raz kolejny pokazała, że płyty to jedno, a "dojrzewanie" utworu na koncertach, w bezpośrednim kontakcie z publicznością - to drugie. Utwory grane na żywo po raz kolejny zyskały inne oblicze, po raz kolejny wersje płytowe okazały się tylko szkicem, wstępem do nowego ich zagrania, odczytania. Po raz kolejny także okazało się, że studio - choć pozwala utwór oczyścić, dopracować i wzbogacić o tysiąc pięćset efektów - odbiera muzyce coś bardzo istotnego. Zwłaszcza jeśli nagrania studyjne powstają z doskoku, w biegu, w gorączce między wyjazdem w trasę a remontem domu, między wywiadem dla prasy, a koncertem gdzieś tam. W "Alchemii" była tylko publiczność, zespół i muzyka, której niepotrzebne są komputerowe efekciki i upiększenia dźwiękowo-wokalne w stylu wczesnych Dżambli. Muzyka, która broniła się energią, nastrojem, melodią i fantazją artystów. Nie było już tak dynamicznie jak na Wolnicy, ale wystarczająco jak na "Alchemię". Więcej było dłuższych partii solowych, częściej dało się słyszeć akordeon, częściej kontrabas, a altówka czasem grała to, co było atutem Kroke na pierwszych, bardziej klemzerskich płytach - takie szybkie, rozedrgane pochodziki, tworzące idealne tło dla popisów Jerzego Bawoła i znakomicie uzupełniające się z mocnym rytmem kontrabasu, a czasem nawet partiami solowymi Tomasza Lato.
W charakterze pierwszego bisu tym razem zabrzmiało "Childhood" (jak powiedział Jerzy Bawoł: "Dawno tego nie graliśmy... przepraszamy, krew się może lać"), poprzedzone kanoniczną już scenką w wykonaniu Tomasza Kukurby. Wiecie, tą, w której kłóci się ze sobą na dwa głosy, dwadzieścia procent i klapsa. Kolejny utwór zagrany zupełnie inaczej niż na płycie, dynamiczniej, agresywniej, półtora raza szybciej. Co wcale nie znaczy - gorzej. Absolutnie. Nawet jeśli w swojej iście żelaznej konsekwencji tym razem wolałbym wersję bardziej zbliżoną do nostalgicznych klimatów z płyty - to, co usłyszałem na koncercie trafiło do mnie bez pudła.
Te dwa koncerty - różne od siebie, grane w jakże odmiennych warunkach - po raz kolejny pokazały, że studio, studiem, a magia muzyki Kroke to w dużej mierze jest żywość i żywotność, to chemia, która powstaje w chwili, gdy muzyk bierze instrument do ręki i słyszy oklaski słuchaczy, to współzależność nastroju artysty (oraz słuchacza) i klimatu utworu. Pokazały też jak bardzo zmieniają się utwory Kroke od czasu, gdy zarejestrowano je na płytach, jak dojrzewają, jak nabierają zupełnie nowego charakteru. Wiadomo, że w dzisiejszych czasach ciężko jest ogrywać nowy materiał na koncertach przez rok czy dwa, a na płytach wydawać tylko ostateczne, dojrzale i dorosłe muzyczne wersje (zresztą, czy ten proces kiedyś się kończy?). Ale może uda mi się, słuchając kolejnych płyt Kroke, na których muzyków i realizatora poniesie fantazja, pomyśleć: "Dobra, dobra... bdriąg, plumk i inne takie świetne pomysły techniczno-studyjne. Spokojnie, luzik i ogólne ommmm.... Poczekam na koncert".
Czego i państwu życzę.
AJK