Historia zespołu w odcinkach

[...] mieli grać dla ludzi, dla których wspomnienie muzyki z czasów młodości mogło wiązać się także ze wspomnieniem o Zagładzie [...]

Niekończąca się opowieść :: część 2

Część 1 :: Na początku była muzyka...

Bliskie spotkania trzeciego stopnia

W tym samym 1993 roku doszło do wydarzenia, które - można tak chyba powiedzieć - zaważyło na karierze zespołu. W Krakowie trwały zdjęcia do filmu Stevena Spielberga "Lista Schindlera", a w kawiarniach Kazimierza przesiadywali członkowie ekipy filmowej. Wtedy do "Ariela", w którym grywało Kroke trafił znakomity aktor Ben Kingsley, którego ujęła muzyka grana przez Kroke. Ale z całą sympatią dla Bena Kingsleya - nie on tu jest najważniejszy. W każdej prawdziwej opowieści musi pojawić się piękna kobieta, dzięki której historia zmieni swój bieg :-) Do "Ariela" zawitała także Kate Capshaw, kinomanom znana m.in. z II części przygód Indiany Jonesa - to ta pani, która ślicznie wyglądała w zwiewnych hinduskich szatach i z paniką powtarzała "Oh, my God! Oh, my God!" w scenie na wiszącym moście ;-) Prywatnie - żona Stevena Spielberga. Nie wiemy, czy słuchając Kroke powtarzała "Oh, my God!" z zachwytem (bo przecież nie z paniką ;-)), ale dźwięki grane przez zespół, zauroczyły ją na tyle, że wracała do "Ariela" parokrotnie. Aż któregoś wieczoru przyprowadziła ze sobą męża...
Mało który wykonawca może powiedzieć o sobie, że pierwszy zagraniczny koncert zorganizował im jeden z najsłynniejszych reżyserów świata. A tak właśnie stało się w przypadku zespołu Kroke. Ich pierwszy koncertowy wyjazd nastąpił z inicjatywy Stevena Spielberga, który w Jerozolimie organizował uroczystość "Survivors Reunion" - spotkanie Żydów z "listy Schindlera", ocalałych z wojennej pożogi. Po krakowskim spotkaniu Steven Spielberg zaprosił Kroke do Jerozolimy. Mieli zagrać dla ludzi, dla których muzyka grana przez Kroke była światem dzieciństwa i młodości, dla ludzi, którzy wyrośli przy takich dźwiękach. Podwójny egzamin? Może nawet nie tylko podwójny... mieli grać dla ludzi, dla których wspomnienie muzyki z czasów młodości mogło wiązać się także ze wspomnieniem o Zagładzie...
Koncert w Jerozolimie okazał się sukcesem. Niektórzy słuchacze podejrzewali nawet, że muzycy Kroke wcale nie pochodzą z Polski, ale są mieszkańcami Izraela. Zespół usłyszał wiele ciepłych słów, wiele pochwał, także od ludzi, którzy grali podobną muzykę. "Panowie! Tak trzymać! Grajcie tak dalej!" - takie słowa padały często, a zespół do dziś przyznaje, że tamten wyjazd, tamten koncert był niezmiernie ważny nie tylko ze względów prestiżowych, ale może nawet bardziej - ze względów emocjonalnych.
Od tego momentu Kroke przestało być anonimowe, pojawiły się propozycje kolejnych koncertów. Głównie z zagranicy - w Polsce media i wytwórnie zdawały się nie dostrzegać takiej muzyki, na antenie nie pojawiały się ani utwory klezmerskie, ani te należące do nurtu "world music". Po kilku latach wyjątek zrobi radiowa Trójka, ale w bardzo wąskim zakresie i raczej ograniczając się do muzyki celtyckiej czy afrykańskiej. Polskim centrum muzyki z kręgu klezmerskiego wciąż pozostawał Kraków z jego klubami, kawiarniami i rozwijającym się Festiwalem Kultury Żydowskiej. Właśnie po jednym z festiwalowych koncertów entuzjastycznie o Kroke wypowiadał się Michael Alpert, gwiazda światowej muzyki klezmerskiej. Festiwal - co ważne - pokazywał także szerszej publiczności, że "klezmer", to nie "chałturnik", ale muzyk-artysta, a muzyka klezmerska, muzyka żydowska to część polskiego (między innymi) dziedzictwa kulturowego. Wkrótce Kroke odniosło także swój pierwszy krajowy sukces z dziedziny "public relations" - w czasie polskiej premiery "Listy Schindlera", kiedy zespół grał dla pełnej sali kina "Kijów", nieoczekiwanie dołączył do nich Steven Spielberg, grając na pożyczonym od jednego z krakowskich muzyków klarnecie. Może jeszcze nie wszyscy w Polsce byli gotowi na muzykę zespołu, ale o tym wydarzeniu plotkowano długo i namiętnie :-)

cdn...

Część 3: Per aspera ad astra

TOP ↑