Czterech Panów w Kroke wliczając Tomka
Wydając "Quartet. Live at Home" Kroke powtórzyło zabieg sprzed lat: po dwóch płytach studyjnych ukazał się album koncertowy, będący podsumowaniem kolejnego etapu muzycznej drogi zespołu. Po raz kolejny słuchacze, którzy nie mieli okazji spotkać się z zespołem na żywo, dostali sposobność do sprawdzenia, na ile brzmienie Kroke to efekt zabiegów studyjnych, na ile zaś magia samej muzyki.
Muszę przyznać, że trochę obawiałem się tego albumu. Od czasu "Sounds of the Vanishing World" minęło sporo czasu, a wydana niedawno płyta "Ten Pieces to Save the World" wciąż jeszcze nie potrafiła mnie do siebie przekonać. Pamiętając, co budziło moje zastrzeżenia w czasie słuchania ostatniego albumu, bałem się, że na koncercie tego wszystkiego będzie... może nie tyle więcej - bo możliwości koncertowe są mniejsze, choćby w przypadku instrumentarium - ile "bardziej", że to wszystko, co drażniło mnie na "Ten Pieces...", na koncercie zabrzmi wyraźniej. I od razu powiem, że obawy były przedwczesne, zaskoczenie płytą bardzo miłe i choć może "Quartet..." nie trafił idealnie w moje gusty, to po parokrotnym przesłuchaniu zacząłem trochę żałować, że nie było mnie w czasie nagrań w Studio S-5 (tym bardziej, że daleko nie miałem - 3 przystanki autobusowe :-)).
Album nagrano na dwóch kameralnych koncertach w budynku Polskiego Radia Kraków 9 i 10 października 2003 roku, a całość "inżynierował dźwiękowo" i zmiksował Dariusz Grela, współpracujący z zespołem od samych jego początków. Na zawartość płyty składają się głównie utwory z "Ten Pieces...", uzupełnione "Time" i "Waves" z "Sounds of the Vanishing World" (wtedy pod tytułem "Water") oraz jedną z najbardziej znanych melodii granych przez Kroke: "Ajde Jano".
- A teraz uczeń Pietras powie nam całym zdaniem, co zaliczamy do charakterystycznych cech zespołu Kroke.
- Do charakterystycznych cech zespołu Kroke, panie psorze, zaliczamy rozbudowane improwizacyjne wstępy do utworów.
- Tak jest, bardzo dobrze, Pietras, siadaj.
Rozbudowane improwizacyjne wstępy... Tak właśnie zaczyna się płyta "Quartet...". Na poprzednim albumie utwór "Sun" od samego początku ujmował słuchacza mocnym rytmem, przebojowym motywem i ostrymi dźwiękami fletu, na "Quartet..." zagrany jest jednak zupełnie inaczej - rozwija się wolno od delikatnych dźwięków perkusji przez rytmiczne wejście kontrabasu i zmiękczającą partię akordeonu aż po niskie, elektryczne brzmienie altówki, wypełniające przestrzeń i budujące nastrój bardzo podobny do tego, który znamy z "Water". Z tego wszystkiego po trzech minutach powoli i nieśmiało wyłania się główny motyw utworu. Melodię wspierają w tym momencie pozostałe instrumenty i "Sun" rozbrzmiewa już w pełnej krasie, ale grany jest niżej i wolniej, brzmienie zespołu jest gęstsze niż na płycie studyjnej. Wolniej - do czasu, bo finał jest bodaj bardziej dynamiczny niż na płycie studyjnej.
Rolę pierwszoplanową gra (w przenośni i dosłownie) altówka Tomasza Kukurby, ale jest ona tylko częścią muzycznego pejzażu - równie ważne jest mocne brzmienie kontrabasu (grającego także skróconą partię gitary z wersji z "Ten Pieces..."), dyskretna gra perkusji, a zwłaszcza partie akordeonu, na którym Jerzy Bawoł raz wspiera rytm utworu, raz wdaje się w melodyczny dialog z altówką, kiedy indziej zaś buduje klimatyczne partie tła. Całość jest całością - chciało by się powiedzieć, ale to chyba brzmiałoby trochę pretensjonalnie. Może więc inaczej: koncertowe "Sun" trochę przypomina mi dawne nagrania Kroke, gdzie role instrumentów były wymienne, gdzie zastępowały się one i dopełniały wzajemnie, ale kiedy słuchało się utworu, to słyszało się wszystko równocześnie, słyszało się muzykę kompletną, a wszelkie analizy i rozbiory logiczne można było robić na zimno dopiero po którymś tam przesłuchaniu.
Kolejnym utworem jest wokalna miniaturka "Voice" w wykonaniu Tomasza Kukurby, która przy każdym przesłuchaniu jest dla mnie jak szarża Kozaków z anegdoty Franca Fiszera - Kozaków, szarżujących na carskich gości, którzy opuszczali pałac po obfitej uczcie i płazujących owych gości szablami, "żeby im się w głowach nie poprzewracało". Za bardzo chyba podobało mi się "Sun" i dostałem zimny muzyczny prysznic. Doceniam umiejętności Tomasza Kukurby w mini-wokalizie, widzę dowcip i uśmiech w wykonanej przez niego "kłótni na dwa głosy" (sądząc po odgłosach - towarzyszyły temu także elementy choreograficzne :-)), ale całość kompletnie do mnie nie trafia. Nie wiem, może przeszkadza mi "psucie" klimatu wspomnianej wokalizy przesadnym akcentowaniem, może nie potrafię odnaleźć w tym utworze granicy między zabawą a popisem, a może po prostu się nie znam? W każdym razie "Voice" przyswoić nie potrafię i trudno. Kto chce, niech do mnie strzela - oto pierś moja grottgerowska. A z własnej przenośnej wersji mp3 chyba ten utwór po prostu usunę i już. Podobnie jest z "Rhythm", solową miniaturką perkusyjną, graną wspólnie przez Tomasza Grochota i Tomasza Kukurbę i będącą jakby perkusyjną wersją "Voice" (także melodycznie). Jak pisał Andrzej Waligórski o słoniu na własność: "Cenne to... ale po co?" Że Tomasz Grochot perkusistą jest świetnym - wiedzą wszyscy, on sam na płycie udowadnia to w każdym utworze i naprawdę nie trzeba tego pokazywać palcem i migającym neonem: "o-o-o-, tutaj!".
A właśnie - perkusja. Na płycie "Ten Pieces..." momentami brzmiała za ostro, zbyt sztywno, czasem, wręcz głuszyła i łamała nastrój. Tego samego bałem się na płycie "live", tym bardziej, że na koncercie trudniej jest zapanować nad instrumentem, trudniej znaleźć dobre brzmienie i - co może ważniejsze - współbrzmienie z pozostałymi instrumentami. Tymczasem Tomasz Grochot znalazł na "Quartet..." sposób, by wmontować swój zestaw w muzykę zespołu - grał dyskretnie, miękko, raczej dudniąc niż uderzając, bardziej akustycznie niż jazzowo, bardzo oszczędnie używając wszelakich blach i werbla. Przyniosło to naprawdę świetne efekty: perkusja uzupełniała brzmienie Kroke, nie łamała go, nie wysuwała się na plan pierwszy, co jest bolączką wielu nagrań koncertowych: nieumiejętnie wykorzystana czy nagrana (zbyt sztywno, zbyt twardo) perkusja potrafi spaskudzić nawet najbardziej klimatyczny występ. Na "Quartet..." perkusja wykorzystana została optymalnie, a uzupełniona o różnego rodzaju "przeszkadzajki" (zwłaszcza drewniane), wzbogacała brzmienie zespołu i współtworzyła aurę koncertu.
"Childhood" zagrane zostało szybciej niż na "Ten Pieces...", z szerszą i wyraźniejszą partią akordeonu. Słuchając przypomniałem sobie opis tego utworu, zamieszczony w recenzji płyty studyjnej. Skojarzenia wciąż te same, to ciągle krakowskie brzmienie i charakter, krakowskie obrazy, ale może to tempo nagrania koncertowego, nasunęło mi myśl, iż to już nie moje dzieciństwo, ani dzieciństwo muzyków, ale raczej dzieciństwo ich dzieci: współczesne, szybkie, pełne barw i dźwięków, szyldów i reklam, z wiecznie pełnym ludzi Rynkiem i ulicami zapchanymi samochodami... Hmm, czy ja już wspominałem, że moje skojarzenia żyją własnym życiem i zazwyczaj wcale mnie nie słuchają? :-)
Skoro już o dzieciach mowa - przeskoczmy na chwilę dwa utwory i wspomnijmy "Time", który tym razem Kroke zagrało o wiele szybciej, a zarazem głośniej i "gęściej", tworząc nastrój soczystym, wzbogaconym elektroniką, brzmieniem. Utwór rozpoczyna i kończy głęboki dźwięk gongu, ale na końcu, oprócz tykania zegara, towarzyszy mu dziecięcy głosik - to syn Tomasza Kukurby dośpiewuje z kąta sali "Bim! Bom!", zaliczając w ten sposób swój debiut jeśli nie koncertowy, to na pewno płytowy :-)
Słuchając "Time" w tej nowej wersji, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że wysoka wokaliza Tomasza Kukurby bardziej pasowała do wersji studyjnej, spokojniejszej, bardziej kameralnej, zaś wersji koncertowej, mocniejszej, dynamiczniej owe wysokie tony gubiły się, nie pasowały mi jakoś. I wyobraziłem sobie jak zabrzmiałbym tak (albo i mocnej) zagrany "Time" z wokalizą Jorgosa Skoliasa...
Ale zanim zacznę się bawić w rozstawianie zespołu po scenie, dobieranie mu współgraczy i udowadnianie, że znam się na muzyce lepiej niż sami muzycy - wróćmy do utworów z "Quartet...". "Usual happiness" i "Light in the Darkness" w wersji koncertowej także brzmią inaczej niż na płycie studyjnej i to dobrze - w końcu określenie "live" może równie oznaczać "muzykę na żywo" jak i żywą muzykę; muzykę, która się zmienia, nie pozostaje wciąż taka sama. Oba utwory zagrano szybciej niż w oryginale studyjnym. Kolejny raz Kroke wraca do grania uzupełniającego, bez sztywnego podziału ról i choć nie jest to taka wymienność jak na pierwszych płytach, to naprawdę dobrze się słucha wspólnych partii altówki i akordeonu w "Usual happiness" (zwłaszcza przy wzajemnym oddawaniu sobie melodii w końcowej części), altówki i kontrabasu w klimatycznym duecie "Light in the Darkness". Mała rzecz, a cieszy...
"Waves" zaczyna się bardzo dosłownie - Tomasz Grochot we wprowadzeniu wykorzystał dźwięk wody - ale z minuty na minutę (a jest tych minut prawie siedemnaście) zamienia się w pełną obrazów opowieść o... nie wiem, pewnie każdy ma swoje własne obrazy i myśli, które wiążą się z tą muzyką. To niezwykły utwór, który za każdym razem brzmi inaczej, za każdym razem inaczej jest grany i inne emocje wywołuje. Wersja z "Quartet...", oparta jak zwykle o długie i niskie dźwięki akordeonu, wypełniona jest solowymi partiami fletu, czasami do złudzenia przypominającymi wokalizy Tomasza Kukurby, wkrótce flet zastępuje altówka, gdzieniegdzie pojawiają się charakterystyczne kontrbasowe "mewki", a całość kończy przejmujący odgłos syreny alarmowej(?).
Aby złamać niesamowity nastrój "Waves", zespół zaserwował nam "Ajde Jano" - ludową melodię, która w wykonaniu Kroke stała się prawdziwym przebojem. Także ten utwór w wersji z 2003 roku zyskał nowy wymiar - to już nie tylko nastrojowa melodia, łagodnie krążąca między muzykami, to dynamiczny nawet w wolniejszych partiach, niemal samonapędzający się utwór. Oryginalny tekst piosenki opowiada o zapamiętaniu się, o oddaniu wszystkiego, by tańczyć - i to właśnie można usłyszeć w muzyce Kroke. Melodia zapętla się w głównym motywie, nabiera rozpędu i siły (zwłaszcza kiedy dołączają się dudniące bębny), a końcowe wyciszenie pojawia się tak raptownie, jakby ktoś wycieńczony szaleńczym tańcem nagle opadł z sił... A z czasem "Ajde Jano" grane na koncertach zyskiwało na energii jeszcze bardziej - zresztą, kto bywał, ten wie.
Płytę zamyka "Cave", które moim zdaniem "kładzie" wersję studyjną na łopatki i na wszystko pozostałe. Ciut szybsze tempo, rezygnacja z nadmiaru efektów specjalnych, z natłoku dźwięków i w efekcie otrzymujemy kompozycję, która nie męczy, nie dłuży się, jest spójna i konsekwentna od początku do końca. Może prostsza niż w wersji studyjnej, ale moim zdaniem to akurat atut, tym bardziej, że dzięki temu wszystkie instrumenty słyszalne są doskonale.
Sądząc po oklaskach publiczności - podobało się. I nic dziwnego - "Quartet. Live at Home" jest bardzo dobrą płytą koncertową, z jednej strony dokumentującą pewien etap w historii zespołu, z drugiej zaś - dającą słuchaczowi coś zupełnie nowego i sugerującą dalszy kierunek muzycznej podróży. Że utwory różnią się od swoich wersji studyjnych? I bardzo dobrze - może nie wszystkie muszą podobać się tak samo, ale jakiż byłby sens nagrywać idealną kopię poprzednich płyt? Jeśli ktoś jest przywiązany do wersji oryginalnych, bardziej nastrojowych - ma płyty studyjne, jeśli ktoś szuka muzyki żywszej - wersje z "Quartet..." powinny przypaść mu do gustu.
Na pochwałę zasługuje praca nagłośnieniowców Studia S-5 oraz Dariusza Greli - koncert brzmi rewelacyjnie, instrumenty są świetnie ustawione, kiedy trzeba łatwe do "rozdzielenia", kiedy trzeba - tworzące harmonijną całość muzyczną, nikt nikogo nie zagłusza, nikt nikomu nie przeszkadza. Warte podkreślenia jest - pisałem już o tym, ale naprawdę warto powtórzyć - wmontowanie w muzykę Kroke perkusji. Rzadko się zdarza, żeby w polskich nagraniach ten instrument nie przebijał się na plan pierwszy, żeby uzupełniał i wzbogacał brzmienie, a nie jedynie masakrował je rytmicznym łomotem. Na "Quartet..." perkusja brzmi konkursowo (och, może poza jednym przypadkiem, bo przecież nie byłbym sobą, gdybym się nie przyczepił :-)) i jeśli ktoś się kiedykolwiek zastanawiał, po co Kroke dodatkowy instrument - zapraszam do wysłuchania "Quartet. Live at Home". Słucham? Mhm... jeśli ktoś czytał moje wrażenia z innych koncertów Kroke, zwłaszcza w kontekście perkusji, ten wie, iż powyższy fragment jest w równym stopniu komplementem, co aluzją :-)
Czy czegoś mi było brak na szóstej płycie Kroke? A owszem - brakowało mi, jak zwykle, tego, co było autem zespołu na pierwszych albumach - wszechstronnej wymienności, komplementarności instrumentów. Brakowało mi kontrabasu Tomasza Lato, zredukowanego na "Quartet" niemal wyłącznie do funkcji rytmicznej. Co prawda bez tego rytmu i bez tak właśnie granego rytmu muzyka Kroke nie byłaby pełna, a w paru momentach kontrabas grał nawet "drugie skrzypce" :-), ale to wciąż, a raczej już nie to. Trochę mało, moim zdaniem, było także akordeonu. Ale żeby nie było - to nie znaczy, że za dużo było altówki, co to to nie. Było tyle, ile trzeba. Ale tak sobie myślę, że gdyby "Voice" i "Rhythm" zostały zastąpione przez "Mountains" (na przykład)... Tak, oczywiście, że to subiektywna opinia :-)
Może nie jest "Quartet..." płytą tak magiczną jak "Sounds of the Vanishing World", może dla niektórych energia drugiej płyty koncertowej Kroke przyćmiewa nastrój, może komuś nie przypadła do gustu zmiana brzmienia zespołu na bardziej elektryczne i jazzowe... Choć pewnie dla równie sporej ilości słuchaczy to właśnie stanowi atut. Zapewnie ile osób - tyle opinii. Dla mnie - zdecydowanie na plus. Nie tylko dla mnie zresztą: w plebiscycie na najlepszą płytę z muzyką folkową "Wirtualne Gęśle 2005" płyta "Quartet Live at Home" zajęła 5 miejsce.
AJK
